9/13/2016

Chociaż brakuje mi wszystkich cech potrzebnych dobremu blogerowi, znów wzięła we mnie górę kompulsywna potrzeba pisania. Często zastanawiam się nad celowością pisania. Przeglądając niekiedy blogi innych, uderza mnie fakt, że ludzie piszą o niczym. Nie to żebym ja pisała o czymś... Przed pisaniem zawsze powstrzymuje mnie myśl, że w moim życiu nie dzieje się nic fascynującego, nurtującego. Nic o czym warto napisać. Jestem niemożliwie autokrytyczna i boję się, że nie mam o czym pisać. Z tego lęku nic nie robię zadowalając się jedynie marzeniami o pisaniu. Choć myśli często kłębią się we mnie jak rój czegoś obrzydliwego. Zawsze waham się przed zaśmiecaniem przestrzeni internetowej, choć już jest to olbrzymie wysypisko, można w niej znaleźć najbardziej bezsensowne i bezcelowe treści. "Kot przemierzający wszechświat na syntezatorze", "Bardzo źle wypchane zwierzątka"...dlaczego mam sobie odmawiać dorzucenia swoich śmieci do tej karuzeli rozmaitości? Dobra, wystarczy tego nudnawego wstępu. Nie napisałam nic odkrywczego. Tak to zwykle jest, że pierwsze zdania czegoś nowego zwykle są tymi najgłupszymi. Gmerasz w zakamarkach głowy i chcesz wyjść na intelektualistę, a spod ręki wychodzą ci jedynie nieznośne banały, od których krwawią uszy. Zarzucasz sobie, że brzmisz tak naiwnie i infantylnie, że aż strzyka człowieka w dupie. Sieć pełna jest takich nic niewnoszących wstępów. Dobry wtęp powinien być jak dobry diler, dawać obietnicę intrygującego rozwinięcia. Cóż... not today.

Kim jestem? Zwykłą dziewczyną pracującą w gastro, branży przez niektórych nazywanej cmentarzyskiem ambicji. Czy potwierdzam tę tezę? W pewnym stopniu tak, bo praca zabiera tyle czasu i energii, że późniejsze leżenie plackiem i słodkie nic nierobienie często okazuje się najbardziej wysublimowanym ze sposobów na spędzenie wolnego czasu. Ja jednak ambitnie zawsze chciałam pisać. Można to robić w przerwach od najbardziej nawet idiotycznej pracy. Taka odtrutka dla mózgu, a w końcu z czegoś trzeba żyć. Przy pisaniu mogę pielęgnować moje neurozy i odruchy aspołeczne. Jestem sama ze sobą, czyli w towarzystwie osoby inteligentnej... i niezbyt skromnej jak widać. Inni ludzie trochę zbyt często mnie drażnią i trochę zbyt często okazują się być jednostkami o IQ pantofelka. Mój paskudny, cyniczny i nasączony sarkazmem charakter załatwia kwestię selekcji naturalnej. Tak, jestem raczej nielubiana. Pogodziłam się z myślą, że nigdy nie zostanę królową balu. Mało jest ludzi, którzy chcą znosić moją miażdżącą krytykę. Nie robię tego celowo. Nie celowo jestem suką, ale jakoś wychodzi mi naturalnie piętnowanie głupoty, wiecie, taka misja. Wychodzę z założenia, że sztuczne uśmiechy i zbiorowe lizanie się po mosznach jest bardziej denerwujące niż sąsiad robiący remont za ścianą, rozpoczynający swój dzień bladym świtem od wiercenia mi w mózgu. Jakoś źle to znoszę i niestety szybko zauważam. Pewnie więc w większości przypadków będę pisała o głupich ludziach, którzy stanęli mi na drodze. Ale niczego nie będę planować, bo jestem przeokropnie niekonsekwentna. Wysmażyłam niezły stek bzdur, już dawno chyba nie było tak źle. Skończę zatem, zanim utwierdzę się w przekonaniu, że pisanie to zły pomysł.

Chciałabym napisać, żebyście zaglądali, czytali, lajkowali, linkowali, trzymali kciuki za to, żeby ten wpis nie okazał się ostatnim, ale póki co nie ma do kogo. Poza tym autoreklama nigdy nie była moją mocną stroną, inaczej niż autodestrukcja... To chyba źle w dzisiejszych realiach internetowych, gdzie trzeba przywalić w ryja, żeby przyciągnąć czytelnika. Cóż, ja wam dzisiaj nie przywalę, cieszta się. Idę ogarnąć o co chodzi z kotem przemierzającym kosmos na syntezatorze. Ave!

obrazek autorstwa Bardzo Brzydkie Rysunki

kaftan złowieszczego szelestu... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka