11/09/2016

No i proszę, już po dwóch miesiącach znów zaszczycam obecnością i pisaniną mojego blogaska. Wspomniana systematyczność najwyraźniej jest mi obca, choć i tak, jak na mnie, jest to ponadprzeciętna terminowość. W ciągu tychże dwóch wspaniałych miesięcy zdąrzyłam przestać być dziewczyną z gastro i zacząć być dziewczyną z handlu detalicznego. Nie brzmi tak bajerancko, wszak fraza "dziewczyna z gastro" mogłaby spokojnie funkcjonować jako samodzielny tytuł jakiegoś periodyku dla sfrustrowanych załogantów rozmaitych knajp. Pomyślę jeszcze nad tytułem, który zamierzam sobie przez jakiś czas nadawać. Musi brzmieć conajmniej tak fajnie, żeby samo jego wypowiadanie poprawiało mi nieco humor, bo z humorem z rana i przed pracą i jeszcze przed pierwszą zieloną herbatą, dietetycznym śniadaniem (jestem niebywale lajfstajlowa) i nawet już po pierwszym siku... nie jest kolorowo. Może to kwestia zbliżającej się zimy i jesieni w pełnym jej rozkwicie i ze wszystkimi atrakcjami. A może po prostu tak już mam.

Świat zamarł gdy amerykańskie wybory wygrał Donald Trump... nie będę tego komentować, choć nurtuje mnie pytanie czy to oznacza, że twórcy "Futuramy" i "South Park'u" przestaną go rysować? Z ważniejszych wydarzeń politycznych minionych dwóch miesięcy przemilczałam również czarny protest i w sumie niech tak zostanie. To co jednak najbardziej zmroziło mnie w ostatnich dniach to pewien wpis na pewnym blogu. Przez grzeczność i pewnego rodzaju konotacje (choć walczyła we mnie długo moja sarkastyczna natura) niech pozostanie on anonimowy. Historia jest prosta. I pozwolicie, że opowiem ją bardzo skrótowo, choć autorka ma duży i barwny zasób słownictwa. Jest ciąża - jest trochę seksu, ale coraz mniej. Potem jest dziecko - nie ma seksu, a krocze przypomina tatara. Tatar znika - jest seks. Mąż dostaje medal za zasługi i telefony z gratulacjami, bowiem tekst wrzucony jest również na publiczny profil Facebook'a, gdzie wszyscy znajomi mogą być na bieżąco z tym, co dzieje się w sypialni u państwa X i między nogami młodej matki. Owszem, wiele matek prowadzi blogi o ciąży, o fitnesie w ciąży, o depresji po ciąży, o życiu matki i tęsknocie za nie - byciem matką, nie ma w tym nic złego. Zwykle są to pełne humoru, nieco przerysowane i z dużą dawką dystansu anegdotki, które świetnie się czyta nawet takim zatwardziałym nie - matkom jak ja. W mediach społecznościowych było już wszystko, mimo to Facebook w mojej opinii nie jest miejscem do opowiadania o postępach leczenia swojej choroby wenerycznej, o łóżkowych przygodach doświadczanych w pijanym widzie, o tym że dziś stolec był luźny, a wczoraj twardy i co to oznacza... i wreszcie o tym, że za przeproszeniem i między wierszami, wadżajna jest rozklapiocha (że tak sparafrazuję Chylińską sprzed ładnych kilku lat). Wiele złotych myśli mogłabym tutaj cytować i ustosunkowywać się do ich treści, ale ze względu na to, że w 99,9% byłoby to bezpardonowe darcie łacha (mówi się tak jeszcze?) odpuszczę, życząc tym samym młodej adeptce macierzyństwa dystansu i humoru, a nawet bycia "quotable", w dobrym znaczeniu tego słowa (?).

obrazek autorstwa Sara Herranz

Pani X daję już spokój i na swoje usprawiedliwienie dodam szybko, że jako werbalna hiena i poniekąd wielbicielka słowa pisanego (z rozwagą) nie mogłam nie rzucić się na taki kąsek. Jak mawiał ojciec Laski z filmu "Chłopaki nie płaczą", "...mnie oszukasz, przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz, ale życia nie oszukasz". Cóż, no nie oszukam.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

...a komentarzy jest aż tyle...

kaftan złowieszczego szelestu... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka