4/27/2017

Nigdy nie potrafiłam zaprzyjaźniać się poprzez wygłupy. W sumie to nigdy nie potrafiłam się zaprzyjaźniać również w żaden inny sposób. Integracja, za którą stoi klepanie się po tyłku, dziwne inside jokes, dawanie sobie buziaczków na dzień dobry, do widzenia i na spierdalaj jakoś do mnie nie przemawiają, a wręcz wydają się idiotyczne. Takie rzeczy i gesty zawsze wychodzą mi sztucznie, bo całe moje ja krzyczy, że chyba mnie popierdoliło. Całe moje ja musi działać w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, a tego specyfiku mam poważne niedobory. Rozsądnie jest czasem zagryźć zęby i odstawić cyrk, żeby mieć do kogo się odezwać, wpasować się jakoś? Ból fałszu zawartego w tych gestach jest tak duży, że czasem trzeba pokazać rozsądkowi środkowy palec (choć nie uważam, że 100% takich zachowań jest prącia warte). Zaowocowało to tym, że często jak ten samotny, cyniczny/cynowy dzban stoję w opozycji do wszystkich innych. I choć przywykłam już do tego, że przeważnie nie biorę udziału w inicjatywach socjalizujących kolektyw, w jakim się na daną chwilę znajduję, typu: chodź, idziemy się najebać... to ta igła w moim nieutulonym egoiźmie strasznie mnie czasem kłuje i uwiera, że nie jestem tego częścią. W zasadzie nigdy nie byłam i pewnie nigdy nie będę. Bo i pojawia się pytanie CO DALEJ!? Gdy już pierwszy level mamy za sobą, o czym rozmawiać podczas tej wysokokontekstowej socjalizacji, jeśli nie o cudzej dupie? i nie robi różnicy czy masz małą i zgrabną czy taką, co żyje własnym życiem, nie mieści się w drzwiach, a na zdjęciach robi za tło. Tęsknię za prawdziwą rozmową, za sztuką konwersacji w ogóle. Za emocjami, które towarzyszą żonglerce argumentami, nie przerywaną gapieniem się w telefon i update'em na Instagramie czy innym badziewiu. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że dawno nie rozmawiałam (chyba że liczy się messenger, albo wymiana anegdotek z życia pracowników gastro). Tak prawdziwie i głęboko, aż do unurzania się w miło otulającym, intelektualnym koktajlu. To szczerze mnie zasmuca, że wolimy dryfować na płyciznach. Tak emocjonalnie podchodzimy do niewyobrażalnie płytkich pierdół. Denerwujemy się i reagujemy jakkolwiek. Wypieprzamy swój własny czas do klopa. Siedzisz, słuchasz, nawet coś wtrącisz i czujesz jak jedna po drugiej umierają komórki twojego mózgu (też to robię i mój mózg też lekko trąci zbukiem). Owocem przeniesienia niekiedy całego życia do sieci jest fakt, że w żywej konwersacji, gdzie niezbędna jest natychmiastowa interakcja wypadamy okrutnie blado. Social media to ostatnio moja ulubiona ofiara (mszczę się za strawione godziny z życia), choć trochę przyczyniają się do ogólnej i szeroko pojętej socjalizacj: mówimy jednym językiem, znamy te same memy, komentujemy te same wydarzenia, łączymy się w stada pod jakimiś dziwnymi akcjami. Podczas kiedy wyrosłam już z bycia asią i dojrzałam do bycia Joanną, desperacko pragnę rozmawiać i bynajmniej nie o tym, że jakaś dupa z pracy jest wredną suką albo że ktoś nie spuścił po sobie wody w biurowym kiblu (ach... kochamy te fekalne tematy). Jałowe dywagacje to minuty, godziny i dni, których nikt nam już nie odda, jak kiepski seans filmowy, na którym wydałeś 1/4 pensji na popcorn. Ale co robić, gdy nie ma do czego nawiązać? Nie odzywać się do nikogo, bo nie warto? Kolejny bezsens. Kolejna skrajność. Oczywiście można powiedzieć, że obracam się w nieciekawym środowisku i stąd ten egzystencjalny paw...

Dobra, wyrzygałam się. Uderzyło mnie, że muszę strasznie przynudzać, pisząc o rzeczach oczywistych jakbym odkryła amerykę. Jednak trzeba przyznać, że byłoby miło, gdybyśmy się ogarnęli z tego szajsu. Inaczej, w toku ewolucji zamiast kompletnie niepotrzebych włosów pod pachą, zaniknie nam mózg. Kiepska puenta, wiem...

nie wiem kto jest autorem obrazka.

4/03/2017

Zawsze kiedy walczę z pustą kartką, na myśl przychodzą mi jedynie najbardziej żenujące historie z mojego życia, których nie zdradzę nikomu nawet na łożu śmierci. Co za ironia, jednym z moich postanowień noworocznych było pisanie... kolejnym było nie robienie żadnych postanowień, bo jak co roku, zawsze wychodzi z tego wielki chuj. W końcu mamy już kwiecień, a ja w moim życiu nie posunęłam się choćby o krok. Nadal jestem radośnie okrągła, nadal nie piszę, nadal jestem wstrętnym i złośliwym stworzeniem i nikt mnie nie lubi. Wpadłam na genialny plan! Naczytałam się o samoakceptacji i postanowiłam, że zdrowiej jest jednak niczego nie zmieniać i polubić swoją złośliwą i prześmiewczą naturę, co też zamierzam czynić. Dawno mnie tutaj niestety nie było, a w międzyczasie nastał dla mnie ciężki czas zadumy, a mianowicie moje trzydzieste urodziny. Urodzin już nie obchodzę z taką pompą jak za czasów nastoletnich. Dziś szczytem finezji byłoby wyjście na urodzinowego drinka, choć wychodzenie na zewnątrz, do ludzi, na to zimno... no sama nie wiem. Co wiąże się z faktem, że jestem już trzydziestką? W zasadzie niewiele, pracuję w charakterze, o którym koleżanki w moim wieku (gdybym je miała), mówią z niekłamanym politowaniem, nadal mam pstro w głowie, a moją ulubioną rozrywką jest oglądanie ulubionych filmów i snucie górnolotnych planów na przyszłość bliższą i dalszą, z których i tak nic nie wyjdzie. Cóż, konsekwencja nie jest moją mocną stroną. Moją mocną stroną nie jest również szeroko pojęta psychologia ludzkich zachowań. Chyba nigdy ich nie zrozumiem. Napisałam wczoraj jednej lasce komentarz pod zdjęciem, a ta nie dość że wywaliła mnie ze znajomych, zablokowała to jeszcze napisała do mnie jakąś gniewną wiadomość. Napisałam jej tylko, że na zdjęciu ma minę jakby wąchała gówno i przysięgam na wszystko, że miała taką! Ech... nie to żebym jakoś żałowała, ale zastanawiam się dlaczego tak bardzo dzisiaj wszyscy dbają o swój wizerunek w sieci, że są kompletnie pozbawieni choć odrobiny dystansu. Wszystko jest pozą. Nawet te luzaczki, które zawsze się śmieją, wydają się być jakieś nieprawdziwe. Ludzie wiecznie szczęśliwi i zadowoleni ze wszystkiego z gruntu są podejrzani, z czego oni się tak zawsze cieszą!? Każde zachowanie wydaje się pozerskie i posiada jakby drugie dno (czy popadam w paranoję?). Fajnie na snapczacie schować się za maską tego skurwiałego psa z wywieszonym jęzorem. Zobaczcie jaka jestem fajna i mam milion przyjaciół i wszyscy mnie kochają i w dodatku tak słodko wyglądam z doczepionym psim noskiem w social mediach! Bogurodzico... Dwudziestoparoletnia dziewczyna, która zawsze się szczerzy (nie mam nic przeciwko uśmiechom i zabawom, dla jasności), jest gotowa rzucać żartami 24 godziny na dobę i skupia wokół siebie towarzycho na pijackich posiadówkach, dla niektórych jest atencyjną hieną, która zalewa się kilka razy w tygodniu, bo nigdy nie odmawia. Żarciki może i są błyskotliwe, ale wyłącznie dla równie zalanych towarzyszy. Ja też bywam atencyjną hieną, choć jestem w tym wszystkim trochę zażenowana (może jednak żenująca) i zostawiam sobie odrobinę pogardy, która świetnie smakuje z kacem dnia następnego. Zawsze pragnęłam być tak swobodna, uśmiechnięta i mieć rękawy wypełnione żartami. Niestety moja natura sprawiła, że przyszło mi się pogodzić z faktem, iż nigdy nie będę królową balu, skupiającą wokół siebie wpatrzonych paziów. Mając trzydzieści lat wolę już chyba być ZWYKŁĄ DZIEWCZYNĄ. Tak wiele książek rozpoczynają słowa: ...była zwykłą dziewczyną... Po czym poznać zwykłą dziewczynę? To wbrew pozorom wcale nie jest dzisiaj takie proste. Przecież każda chce być niezwykła. Ba! Każda uważa się za niezwykłą, niepowtarzalną w swojej banalności, a zatem dziś na wagę złota są te zwykłe. Szczerze mówiąc ja też chciałam być niezwykła, czasami nadal chcę i już sama ta myśl wypala mi policzki ze wstydu przed samą sobą, że bywam tak płytka i próżna, ale trzeba przyznać, że niezwykłość jest kusząca. Kim jest zwykła dziewczyna? Dla mnie jest każdą laską, która z daleka od oczu innych wkłada dres i na obiad je Nutellę prosto ze słoja, która wybiera książkę zamiast kolejnej najebki w dzień wolny od pracy, która ma wiele mądrych rzeczy do powiedzenia... niestety zagłuszają ją stada klonów lasek z wydętymi wargami, burzą włosów a'la Kim Kardashian w przetartych dżinsach w ogromniaste dziury, mówiące jedynie o mrożonym jogurcie z ekologicznymi owocami, zjedzonym na brunch (damn, ale długie zdanie!). No sami wiecie kim jest zwykła dziewczyna. Pisanie o tym sprawia, że sama popadam w zwykłość, biorąc pod uwagę banalność tego opisu. Ale zwykłość jest dobra. Lubię to, co banalne i szukam w życiu tego, co banalne - powiedziała bohaterka banalnego filmu o miłości. Lubię ten film :)

autorką obrazka jest Polly Nor



1/27/2017

Ostanio zrobiłam sobie pewien test i wyszło mi, że mam osiem na dziesięć cech charakteryzujących osoby o ponadprzeciętnej inteligencji. Zdziwiłam się, gdyż od razu wzięłam na warsztat sposoby spędzania przeze mnie wolnego czasu. Czytam średnie kryminały, lenię się, z lubością mianuję się nadwornym krytykiem wszystkiego w internecie, w rzeczywistych konfrontacjach w sumie też, piszę jakieś nie wnoszące niczego odkrywczego głupotki, szwendam się po mieszkaniu w piżamie, oglągam filmy... w sumie nic nadzwyczajnego i ponadprzeciętnego. Jestem pewna, że wielu ludzi mogłoby spokojnie wymienić te same odprężające czynności. Świadczy o tym chociażby ilość hejterów i speców od wszystkiego w necie, recenzentów kryminałów niezbyt wysokich lotów i fakt, że zwykle te recenzje nie są pochlebne. Zdzwiła mnie jeszcze jedna rzecz, zdecydowana większość owych cech jest postrzegana przez większość ludzi jako cechy negatywne, nadające się jedynie do natychmiastowego wyplenienia. Lenistwo, choć jak udowodniono potrafi być twórczą wyściółką do znajdowania prostych rozwiązań trudnych problemów. Prokrastynacja (trudne słowo), czyli odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, w mojej opinii jest pochodną wyżej wymienionego lenistwa. To właśnie w ostatniej chwili, kiedy deadline już za kilka godzin, nasz mózg pracuje na najwyższych obrotach, cóż... nie ma innego wyjścia. Brak empatii. Dla mnie empatia zwykle wydaje się czymś sztucznym i niepotrzebnym (nie, nie byłam krzywdzona w dzieciństwie, co doprowadziło do ogólnego zkamienienia mojego serca i pozostałych wnętrzności), czymś co tak naprawdę jest zawalidrogą w życiu. Zwykle wszyscy powtarzają, że jak sobie pościelesz tak się wyśpisz, więc po co się nad czymś/kimś niepotrzebnie rozczulać? Przesadna analiza każdego słowa wypowiedzianego w moją stronę, wymyślanie sobie problemów tam, gdzie ich nie ma. Sami widzicie, że nie są to cechy pożądane. Dlaczego są wśród tych złych i stygmatyzujących ich posiadaczy? Może chodzi o zwykłą, starą, poczciwą zazdrość? Inteligencja jest cechą (?) wyczuwalną. Kiedyś usłyszałam na swój temat zdanie: widać, że bije od ciebie inteligencja. Nie był to jednak komplement, w każdym razie nie dla mnie. Brzmiało to bardziej jak zarzut, coś odstręczającego. Fuj, inteligencka świnia, nie pogadam z nią o sześciopaku Ryana Goslinga, ani o nowych perfumach od Versace. Będzie patrzeć na mnie z niesmakiem, jak na konsupcyjnego półmózga i poddawać krytyce każdy mój gest i każde zdanie. Aż strach się odezwać, pierdolę. To był mniej więcej taki wydźwięk. Dobra, przyznaję się, bywam sarkastyczną suką. Ale myśląc racjonalnie... czy jeżeli przejmuję się tym, jak wyglądam i że ważę odrobine za dużo i obchodzi mnie to, co powiedzą na mój temat konsupcyjne świnie to znaczy, że nadal korzystam ze swojego mózgu na obrotach ponadprzeciętnych? Chyba jednak czegoś mi jeszcze brakuje, skoro tak przyziemne sprawy spędzają mi sen z powiek. Test w takim razie nie należał do najbardziej rzetelnych.

Na koniec będzie kuriozalnie i o rzeczach błahych, podłych, frustrujących i jakże boleśnie przeciętnych. Kiedy jakiś czas temu moja waga przekroczyła barierę 60kg (to mój prywatny próg otyłości) byłam, co tu dużo gadać, w ciężkim szoku. Przecież Nutella jedzona słoikami czy muffinki spożywane w ilościach przemysłowych nie mogły mi tego zrobić! Przyjaźniliśmy się od lat, a te pseudo niewiniątka wbiły mi nóż w otłuszcone plecy. Jak żyć!?

rysunek autorstwa Cassandry Calin

11/09/2016

No i proszę, już po dwóch miesiącach znów zaszczycam obecnością i pisaniną mojego blogaska. Wspomniana systematyczność najwyraźniej jest mi obca, choć i tak, jak na mnie, jest to ponadprzeciętna terminowość. W ciągu tychże dwóch wspaniałych miesięcy zdąrzyłam przestać być dziewczyną z gastro i zacząć być dziewczyną z handlu detalicznego. Nie brzmi tak bajerancko, wszak fraza "dziewczyna z gastro" mogłaby spokojnie funkcjonować jako samodzielny tytuł jakiegoś periodyku dla sfrustrowanych załogantów rozmaitych knajp. Pomyślę jeszcze nad tytułem, który zamierzam sobie przez jakiś czas nadawać. Musi brzmieć conajmniej tak fajnie, żeby samo jego wypowiadanie poprawiało mi nieco humor, bo z humorem z rana i przed pracą i jeszcze przed pierwszą zieloną herbatą, dietetycznym śniadaniem (jestem niebywale lajfstajlowa) i nawet już po pierwszym siku... nie jest kolorowo. Może to kwestia zbliżającej się zimy i jesieni w pełnym jej rozkwicie i ze wszystkimi atrakcjami. A może po prostu tak już mam.

Świat zamarł gdy amerykańskie wybory wygrał Donald Trump... nie będę tego komentować, choć nurtuje mnie pytanie czy to oznacza, że twórcy "Futuramy" i "South Park'u" przestaną go rysować? Z ważniejszych wydarzeń politycznych minionych dwóch miesięcy przemilczałam również czarny protest i w sumie niech tak zostanie. To co jednak najbardziej zmroziło mnie w ostatnich dniach to pewien wpis na pewnym blogu. Przez grzeczność i pewnego rodzaju konotacje (choć walczyła we mnie długo moja sarkastyczna natura) niech pozostanie on anonimowy. Historia jest prosta. I pozwolicie, że opowiem ją bardzo skrótowo, choć autorka ma duży i barwny zasób słownictwa. Jest ciąża - jest trochę seksu, ale coraz mniej. Potem jest dziecko - nie ma seksu, a krocze przypomina tatara. Tatar znika - jest seks. Mąż dostaje medal za zasługi i telefony z gratulacjami, bowiem tekst wrzucony jest również na publiczny profil Facebook'a, gdzie wszyscy znajomi mogą być na bieżąco z tym, co dzieje się w sypialni u państwa X i między nogami młodej matki. Owszem, wiele matek prowadzi blogi o ciąży, o fitnesie w ciąży, o depresji po ciąży, o życiu matki i tęsknocie za nie - byciem matką, nie ma w tym nic złego. Zwykle są to pełne humoru, nieco przerysowane i z dużą dawką dystansu anegdotki, które świetnie się czyta nawet takim zatwardziałym nie - matkom jak ja. W mediach społecznościowych było już wszystko, mimo to Facebook w mojej opinii nie jest miejscem do opowiadania o postępach leczenia swojej choroby wenerycznej, o łóżkowych przygodach doświadczanych w pijanym widzie, o tym że dziś stolec był luźny, a wczoraj twardy i co to oznacza... i wreszcie o tym, że za przeproszeniem i między wierszami, wadżajna jest rozklapiocha (że tak sparafrazuję Chylińską sprzed ładnych kilku lat). Wiele złotych myśli mogłabym tutaj cytować i ustosunkowywać się do ich treści, ale ze względu na to, że w 99,9% byłoby to bezpardonowe darcie łacha (mówi się tak jeszcze?) odpuszczę, życząc tym samym młodej adeptce macierzyństwa dystansu i humoru, a nawet bycia "quotable", w dobrym znaczeniu tego słowa (?).

obrazek autorstwa Sara Herranz

Pani X daję już spokój i na swoje usprawiedliwienie dodam szybko, że jako werbalna hiena i poniekąd wielbicielka słowa pisanego (z rozwagą) nie mogłam nie rzucić się na taki kąsek. Jak mawiał ojciec Laski z filmu "Chłopaki nie płaczą", "...mnie oszukasz, przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz, ale życia nie oszukasz". Cóż, no nie oszukam.

9/13/2016

Chociaż brakuje mi wszystkich cech potrzebnych dobremu blogerowi, znów wzięła we mnie górę kompulsywna potrzeba pisania. Często zastanawiam się nad celowością pisania. Przeglądając niekiedy blogi innych, uderza mnie fakt, że ludzie piszą o niczym. Nie to żebym ja pisała o czymś... Przed pisaniem zawsze powstrzymuje mnie myśl, że w moim życiu nie dzieje się nic fascynującego, nurtującego. Nic o czym warto napisać. Jestem niemożliwie autokrytyczna i boję się, że nie mam o czym pisać. Z tego lęku nic nie robię zadowalając się jedynie marzeniami o pisaniu. Choć myśli często kłębią się we mnie jak rój czegoś obrzydliwego. Zawsze waham się przed zaśmiecaniem przestrzeni internetowej, choć już jest to olbrzymie wysypisko, można w niej znaleźć najbardziej bezsensowne i bezcelowe treści. "Kot przemierzający wszechświat na syntezatorze", "Bardzo źle wypchane zwierzątka"...dlaczego mam sobie odmawiać dorzucenia swoich śmieci do tej karuzeli rozmaitości? Dobra, wystarczy tego nudnawego wstępu. Nie napisałam nic odkrywczego. Tak to zwykle jest, że pierwsze zdania czegoś nowego zwykle są tymi najgłupszymi. Gmerasz w zakamarkach głowy i chcesz wyjść na intelektualistę, a spod ręki wychodzą ci jedynie nieznośne banały, od których krwawią uszy. Zarzucasz sobie, że brzmisz tak naiwnie i infantylnie, że aż strzyka człowieka w dupie. Sieć pełna jest takich nic niewnoszących wstępów. Dobry wtęp powinien być jak dobry diler, dawać obietnicę intrygującego rozwinięcia. Cóż... not today.

Kim jestem? Zwykłą dziewczyną pracującą w gastro, branży przez niektórych nazywanej cmentarzyskiem ambicji. Czy potwierdzam tę tezę? W pewnym stopniu tak, bo praca zabiera tyle czasu i energii, że późniejsze leżenie plackiem i słodkie nic nierobienie często okazuje się najbardziej wysublimowanym ze sposobów na spędzenie wolnego czasu. Ja jednak ambitnie zawsze chciałam pisać. Można to robić w przerwach od najbardziej nawet idiotycznej pracy. Taka odtrutka dla mózgu, a w końcu z czegoś trzeba żyć. Przy pisaniu mogę pielęgnować moje neurozy i odruchy aspołeczne. Jestem sama ze sobą, czyli w towarzystwie osoby inteligentnej... i niezbyt skromnej jak widać. Inni ludzie trochę zbyt często mnie drażnią i trochę zbyt często okazują się być jednostkami o IQ pantofelka. Mój paskudny, cyniczny i nasączony sarkazmem charakter załatwia kwestię selekcji naturalnej. Tak, jestem raczej nielubiana. Pogodziłam się z myślą, że nigdy nie zostanę królową balu. Mało jest ludzi, którzy chcą znosić moją miażdżącą krytykę. Nie robię tego celowo. Nie celowo jestem suką, ale jakoś wychodzi mi naturalnie piętnowanie głupoty, wiecie, taka misja. Wychodzę z założenia, że sztuczne uśmiechy i zbiorowe lizanie się po mosznach jest bardziej denerwujące niż sąsiad robiący remont za ścianą, rozpoczynający swój dzień bladym świtem od wiercenia mi w mózgu. Jakoś źle to znoszę i niestety szybko zauważam. Pewnie więc w większości przypadków będę pisała o głupich ludziach, którzy stanęli mi na drodze. Ale niczego nie będę planować, bo jestem przeokropnie niekonsekwentna. Wysmażyłam niezły stek bzdur, już dawno chyba nie było tak źle. Skończę zatem, zanim utwierdzę się w przekonaniu, że pisanie to zły pomysł.

Chciałabym napisać, żebyście zaglądali, czytali, lajkowali, linkowali, trzymali kciuki za to, żeby ten wpis nie okazał się ostatnim, ale póki co nie ma do kogo. Poza tym autoreklama nigdy nie była moją mocną stroną, inaczej niż autodestrukcja... To chyba źle w dzisiejszych realiach internetowych, gdzie trzeba przywalić w ryja, żeby przyciągnąć czytelnika. Cóż, ja wam dzisiaj nie przywalę, cieszta się. Idę ogarnąć o co chodzi z kotem przemierzającym kosmos na syntezatorze. Ave!

obrazek autorstwa Bardzo Brzydkie Rysunki

kaftan złowieszczego szelestu... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka